CIĄŻA
Na nasze pierwsze dziecko czekaliśmy już od jakiegoś czasu. Długo nie mogłam zajść w ciążę aż pewnego dnia ( to był koniec października 2003 roku), po kilku miesiącach badań i brania leków, na teście ciążowym pokazały się dwie kreseczki. Oboje byliśmy w siódmym niebie. To był dla nas bardzo szczęśliwy okres, pomimo faktu, że ciąża od początku była zagrożona - całą ciążę byłam na zwolnieniu lekarskim, systematycznie brałam leki podtrzymujące ciążę : najpierw duphaston, potem zastrzyki Kaprogest a kiedy zaczęły pojawiać się o wiele za wcześnie pierwsze skurcze fenoterol z isoptinem. Początki ciąży były dla mnie bardzo trudne: ciągłe wymioty do czwartego miesiąca, bóle głowy no i sam fakt siedzenia w domu i częstego polegiwania sobie nie wpływał na mój stan psychiczny korzystnie. Wszystkie jednak niedogodności stawały się mało istotne jak pomyśleliśmy, że w końcu będziemy mieli nasze ukochane dziecko. Pamiętam jak zobaczyłam nasze maleństwo na kolejnym usg, pani doktor powiedziała że będzie to chłopiec (ja czułam to od samego początku ;)), był śliczny i taki zgrabniutki, wszystko było w porządku. Zaczęliśmy zastanawiać się nad imieniem synka, najpierw miał być Wiktor potem Daniel aż w końcu uznaliśmy, ze zostanie jednak Wiktor jako mały zwycięzca. Około 28 tygodnia zaczęłam odczuwać częściej skurcze, nawet leki niewiele mi pomagały, leżałam całymi dniami, żeby tylko wszystko było dobrze. W kwietniu 2004 roku tuż po świętach Wielkanocnych zostałam jednak skierowana do szpitala z powodu rozwierającej się szyjki macicy i ciągłych skurczy. Tutaj podawano mi fenoterol w kroplówce i dexaven na szybsze rozwinięcie się płuc u maluszka gdyby jednak nie udało się utrzymać ciąży. Był to 29 tydzień ciąży. W sobotę około godziny 20:00 po kolacji przekręcałam się na drugi bok i nagle poczułam jakby ktoś wylał na mnie wiadro ciepłej wody. Zaczęłam mówić do dziewczyn leżących ze mną na sali, ze chyba odeszły mi wody. Szybko wezwano lekarza i zawieziono mnie na KTG. Skurcze były coraz silniejsze, wpadłam w panikę, to był dopiero 29 tydzień, lekarz dyżurny niewiele mógł mi odpowiedzieć: wie pani to 29 t.c. wszystko może się zdarzyć a ja czułam że jest mi coraz bardziej słabo ze strachu co się teraz stanie, tak długo przecież wytrzymałam. Po jakimś czasie dopiero ktoś przyniósł mi mój telefon komórkowy, zadzwoniłam do męża i do swojej lekarki. Przyjechała najszybciej jak mogła a zaraz za nią wpadł zszokowany mój mąż. Po badaniu USG okazało się, ze poziom wód nie jest tak bardzo niski, podano mi coś na uspokojenie i zatrzymanie akcji porodowej. Pani doktor prowadząca moją ciążę załatwiła mi transport karetką do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, gdyż tam nasz maleńki synek miał największe szanse na przeżycie. W Łodzi leżałam całą noc na porodówce pod kroplówką zatrzymującą akcję porodową i udało się nie urodziłam ;). Mogłam jeszcze leżeć i walczyć o każdy dzień dla naszego synka. Jednak nie udało się utrzymać ciąży zbyt długo.
WIKTOR Z NAMI (W SZPITALU)
W środę 21 kwietnia o godzinie 14:35 w ICZMP w Łodzi urodził się na początku 30 t.c. nasz synek Wiktorek. Ważył 1500 gram i mierzył 48 cm długości. Nie oddychał samodzielnie, dostał 7/5 pkt. w skali Apgar. Zaraz po porodzie przytulono go do mojego policzka, był cieplutki, śliczny i taki maleńki, bezbronny. Cieszyłam się, że żyje. Wtedy jeszcze nie wiedziałam nic o zagrożeniach jakie czyhają na dzieci urodzone przedwcześnie. Myślałam, że skoro Wiktor jest już z nami tzn. że teraz może być tylko lepiej, że nareszcie koniec z walką o każdy dzień ciąży i życia. Wiktor był na respiratorze tylko dwie doby, potem był na oddechu wspomaganym CPAP leżał na Intensywnej Terapii. Przeżywałam tu straszne chwile, Nie mogłam odwiedzać synka ponieważ przyplątała mi się okropna infekcja górnych dróg oddechowych, widywałam go tylko przez szybę. Pewnego dnia weszłam na oddział a tu nie ma mojego synka, różne myśli kołatały mi się po głowie a serce waliło jak oszalałe, powtarzałam tylko przecież wczoraj było wszystko ok.? No i było ok. Wiktor już od jakiegoś czasu samodzielnie oddychał i po dwóch tygodniach zdecydowano się przenieść go na oddział opieki ciągłej. Wszystko zaczęło się układać, ja powoli wyzdrowiałam i nie mogłam doczekać się chwili kiedy w końcu wezmę go na ręce (bałam się czy on mnie jeszcze pamięta? Nie było mnie przy nim przecież dwa tygodnie). Zaczęłam przychodzić na każde karmienie, uczyłam się przewijać, karmić i dbać o naszego małego szkraba, który ładnie przybierał na wadze. Wszystko wyglądało dobrze, cieszyliśmy się, że niedługo Wiktor wyjdzie do domu, pięknie jadł smoczkiem i do wyjścia brakowało nam tylko dobicia do magicznej wagi 2000 gram. Niestety nasz entuzjazm, że wszystko będzie w porządku znów opadł po badaniu usg głowy Wiktora. Okazało się, że są wylewy dokomorowe II stopnia, poszerzenie komór bocznych wskazania: kontrolne usg za tydzień. Nic nie wiedzieliśmy na ten temat co to za wylewy? Co to znaczy? Pani doktor oświeciła nas, powiedziała, ze może to być wodogłowie ale nie musi, pocieszający był fakt, ze obwód główki się nie powiększył. Tydzień czasu był dla nas okropny, ta niepewność, ciągłe czekanie. Za każdym razem jak patrzyliśmy na naszego synka wydawało nam się to nieprawdopodobne, żeby mogło to nas spotkać. W końcu nadszedł ten dzień kolejne usg główki układ komorowy na szczęście się nie poszerzał, doszły do tego jednak zmiany malacyjne o charakterze leukomalacji, które w kolejnych usg powiększały się. Już wtedy było wiadomo, ze Wiktor będzie potrzebował rehabilitacji, że może być upośledzony ale nie musi, że mózg dziecka jest bardzo elastyczny i zanik komórek jeszcze niczego nie przekreśla, że zdrowe komórki mogą przejąć funkcje tamtych. Karmiłam synka i patrząc na te bezbronna istotkę płakałam i ciągle powtarzałam, że mama i tata bardzo go kochają i że nigdy go nie zostawimy, że zawsze będziemy razem i ze wszystko będzie dobrze. Po kilku dniach odwiedziła nas rehabilitantka, pokazała jak go pielęgnować i ćwiczyć i tak zaczęła się walka o naszego synka, żeby był normalnym dzieckiem i mógł biegać i szaleć jak inne dzieci. W międzyczasie odwiedziliśmy kardiologa okazało się, ze synek ma niedomknięty otwór owalny który podobno ma zarosnąć. Wizyty u okulisty nie wykazały retinopatii, słuch jest w normie ;). Wiktor rósł i codziennie ważył coraz więcej i w końcu dobił do 2 kg, trwało to miesiąc i 23 maja w końcu wróciłam z Wiktorkiem do domu ;).